Urzędnicza wieża Babel
Urzędnicza wieża Babel

Od dawna obserwuję problemy komunikacyjne pomiędzy bielskimi urzędnikami a mieszkańcami

Podstawowa zasada dziennikarstwa głosi, że zadaniem dobrego wstępu do artykułu jest zachęcenie czytelnika do dalszej lektury. Dlatego przepraszam, że na początku wyskakuję z czymś takim, ale uprzejmie proszę o przebrnięcie przez kolejne zdania i dotarcie do dalszej  (obiecuję, że ciekawszej) części tego tekstu. A więc: „aktualnie Gmina reguluje kwestie związane z korzystaniem z tego typu gruntów, wykorzystywanych jako dojścia i dojazdy do okolicznych posesji, poprzez ustanawianie stosownych służebności drogowych, mających na celu zapewnienie każdoczesnym właścicielom nieruchomości władnących prawny dostęp do drogi publicznej”. Podobało się? No to jeszcze fragmencik ku nauce: „powyższe czynności nie obciążają w żaden sposób inwestora ponad zakresy i kwoty kontraktu, stanowiącego podstawę rozliczeń budowy”. 
Z pewnością domyślacie się Państwo, co to za fascynujące refleksje. To po prostu fragmenty urzędniczych pism, a dokładniej odpowiedzi na interpelacje i wnioski radnych. Nudne? Zawiłe? Niejednoznaczne? Cóż, każda branża ma swój techniczny język i trudno oczekiwać, aby instrukcje obsługi maszyn, wyniki badań lekarskich czy decyzje administracyjne pisane były potocznym żargonem. Gorzej gdy instalator urządzeń grzewczych, lekarz dermatolog czy pracownik jednego z wydziałów urzędu miejskiego mówi, tak jak pisze. Bo co ma wtedy zrobić użytkownik pieca, pacjent z wysypką na skórze czy obywatel, który chce dowiedzieć się o plany ratusza wobec jego działki mieszkaniowej? Zrobić papiery instalatora, specjalizację z dermatologii czy studia z architektury i urbanistyki, tylko po to, aby zrozumieć swojego rozmówcę? 
Piszę o tym dlatego, że już od dawna obserwuję problemy komunikacyjne pomiędzy bielskimi urzędnikami a mieszkańcami. Odbywające się obecnie konsultacje w sprawie studium zagospodarowania przestrzennego dla naszego miasta tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że większość problemów bierze się z nieumiejętnego komunikowania mieszkańcom, o co tak naprawdę naszej władzy chodzi. Na pytania bielszczan zadawane podczas spotkań w radach osiedli padają tak skomplikowane odpowiedzi, tak wielokrotnie złożone zdania i tak nasycone branżowym słownictwem próby wyjaśnień, że naprawdę nie dziwię się emocjom, które królują na sali. W ostatnich latach mieszkańcy wielokrotnie czuli się ignorowani przez władze miasta, a hermetyczny, urzędniczy język jeszcze bardziej te odczucia potęgował. Pewnie nie raz – czasami nie słusznie – w głowach słuchaczy pojawia się podejrzenie, że cała ta nowomowa służy tylko jako zasłona dymna, która ma ukryć prawdziwe intencje urzędu. Stąd tylko krok do różnych teorii spiskowych na temat tego „o co w tym wszystkim naprawdę chodzi”. I po co Wam to, Panowie urzędnicy?
Dlatego apeluję do urzędników uczestniczących w spotkaniach z mieszkańcami – mówcie tak, aby odbiorca zrozumiał o co chodzi. Wszyscy unikniemy nieporozumień, podejrzeń i dodatkowych pretensji. A profesjonalne słownictwo zarezerwujcie na spotkania w gronie planistów, architektów i urbanistów. Inaczej wszystkie konsultacje czy zebrania sprawozdawcze będą dla mieszkańców fikcją, a odległość między ratuszem i bielszczanami zamiast się skracać, jeszcze bardziej się wydłuży.
 
Tomasz Wawak


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama