Kurier.BB – Gazeta Miejska
W ohyde parku
W ohyde parku

Stęsknieni za „zmianą społeczną” (która złośliwie nie nadchodzi), dostrzegali w tej zarazie jutrzenkę upadku dotychczasowej formy kapitalizmu.

Aktywiści ekologiczni, obserwując, jak reagowała przyroda na spowolnienie aktywności przemysłowej, wieszczą zmianę relacji człowiek-natura. Antyglobaliści do spółki nacjonalistami wróżyli renesans państwa narodowego wobec skompromitowania się – ich zdaniem – idei międzynarodowej współpracy. Z kolei przeciwnicy liberalizmu gospodarczego przewidywali trwały triumf interwencji państwa w gospodarce. 
Także w pojęciu „nowa normalność”, którego zamiast zwykłej normalności używali politycy w różnych krajach, zapowiadając kolejne etapy „odmrażania”, można zauważyć ślad marzenia o zmianie społecznej, tyle że o mniej lub bardziej autorytarnym charakterze. Niełatwo będzie władzy rezygnować z nadzwyczajnych narzędzi kontroli uzyskanych do walki z pandemią, tym bardziej że niektórzy poważni eksperci wieszczą społeczną apokalipsę. Na przykład Marcin Król, filozof polityki i historyk idei, już pod koniec marca wieszczył, że epidemia radykalnie odmieni nasz świat – ze względu na załamanie gospodarki i wynikające stąd niepokoje społeczne. Odwołując się do myśli Floriana Znanieckiego, ostrzegał w wywiadzie prasowym: Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych. To znaczy takich ludzi, którzy nie będą mieli pracy; nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. (...) Oni są gotowi zrobić awanturę przy najbliższej możliwej okazji i zrobią. (...) To będzie dopiero pierwszy krok do przemian politycznych i gospodarczych, o których w tej chwili nie umiemy nic powiedzieć. To będzie katastrofa polityczna.
Choć zawsze z uwagą czytam profesora Króla, w tej sprawie bliżej mi do tych, którzy uważają, że nie ma co się spodziewać jakichś głębszych skutków doświadczenia pandemii poza oczywistym spowolnieniem gospodarczym. Francuski pisarz Michel Houellebecq ogłosił list, w którym twierdzi, że COVID-19 to banalny wirus, powiązany w mało prestiżowy sposób z nieznanymi wirusami grypy, o słabo znanych warunkach przetrwania, o rozmytej charakterystyce, czasem łagodny, czasem śmiertelny, nie jest nawet przenoszony drogą płciową: krótko mówiąc, wirus bez właściwości. A w związku z tym – nie ma szans wpłynąć na ludzkość jak niegdysiejsze wielkie epidemie. Houellebecq wątpi również, że dzięki pandemii odkryjemy na nowo tragiczność czy nieuchronność kresu życia. Śmierć nigdy nie była tak dyskretna, jak w ostatnich tygodniach – zauważa. Nasza skłonność do traktowania śmierci jako czegoś „niehigienicznego”, wstydliwego jak starość czy niepełnosprawność, trwa blisko sto lat, a teraz jeszcze się nasila. Zdaniem autora „Możliwości wyspy”, świat po pandemii będzie taki jak przedtem, tyle że trochę gorszy. Houellebecq ma swoje pomysły na tę gorszość. Ma ona polegać na wzmocnieniu roli technologii informatycznych w naszym życiu (od płatności kartą po telepracę i sieci społecznościową), których główną konsekwencją jest ograniczenie relacji międzyludzkich. „A może nawet i celem” – jak dodaje, spiskowo szepcząc w nawiasie.
Kiedy to piszę, trwa kampania prezydencka i zniesiono większość ograniczeń związanych z choróbskiem. Nie ma pewności, czy nie za wcześnie, bo liczba zachorowań w Polsce nie spada (obecnie ze względu na ogniska epidemii w kopalniach). Krzywa się nam wypłaszcza – ogłaszają triumfalnie przedstawiciele ministra zdrowia w okropnej covidowej nowomowie. Chyba w górę – ripostuje jeden z kandydatów na prezydenta, z zawodu lekarz. Można jednak się jednak pokusić o pierwszy bilans. Wśród moich bliskich i znajomych nikt nie zachorował. Jedna osoba straciła pracę. Trzy skorzystały z różnych form pomocy finansowej w ramach którejś z „tarcz”. Jednej – na tej samej podstawie – pracodawca zmienił warunki pracy i płacy na gorsze. Jeden zleceniodawca ociąga się z płatnością dłużej niż zwykle. Jedna firma wprowadziła do produkcji maseczki i środki ochrony, inna czai się do skoku z nową inwestycją na jesień. Kiedy zmuszono mnie, bym się ostrzygł, trafiłem na Bazar na Złotym. To taki zaułek na Złotych Łanach, nad przystankiem autobusowym, gdzie są niewielkie pawiloniki zajmowane przez drobne firmy. Rzadko tam chodzę, ale zauważyłem zmianę: oprócz fryzjera, krawca, handlu oknami i agencji ubezpieczeń – reszta lokali pusta. Polikwidowali się w ostatnich dwóch miesiącach – mówi fryzjerka.
Kiedy łączę się ze znajomymi z Cieszyna i Czeskiego Cieszyna, głównym tematem jest zamknięta granica. I nie chodzi tu tylko o spektakularne akcje, jak „Tęsknię za Tobą, Czechu” i jej odpowiednik zza Olzy, czy o dramat pracowników transgranicznych, ale o zwykłe ludzkie sprawy. Kiedy po kilku dniach nadziei okazało się, że otwarcie granic Polski i Czech nie dotyczy województwa śląskiego (a przypominam, jest nas blisko 5 mln – liczba porównywalna do ludności Słowacji), znajoma z Czeskiego Cieszyna napisała: poszłam wczoraj spać i myślałam, że rano będzie lepiej, niestety nie jest, idę na spacer przez most, kupię truskawki i jagody na targu, może pójdę na kawę, bo mi jest tak smutno i przykro.... I dodała, że ze względu na ważność badań, może sobie pozwolić na taką ekstrawagancję jeszcze tylko przez kilka dni. To może jakiś pozytywny skutek pandemii – przekonaliśmy się, jak bardzo normalną normalnością jest wolność przemieszczania się, również między państwami. Nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz – pisał Kochanowski o zdrowiu. A mógłby o granicach.
Tymczasem swoboda przekraczania granic zapanowała w ramach rywalizacji prezydenckiej. Sztab jednego z kandydatów postanowił odgrzać starą, a kiedyś skuteczną strategię, i postraszyć. Trudno dziś wyrokować, czy ten pomysł okaże się skuteczny. Czy ludzie, którzy właśnie oswoili się z niebezpieczeństwem zakażenia przez wirusa, przelękną się sztucznie kreowanych zagrożeń? W każdym razie jednym ze strachów na wróble, które znów nam chcą ustawić w ogródku, jest społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transpłciowych, określana anglosaskim skrótem LGBT. Kandydat i kilku jego prominentnych heroldów pozwoliło sobie na stwierdzenie, że stwarzają oni zagrożenie dla naszych rodzin, a nawet – że „to nie ludzie”. Kiedy wybuchły protesty, zaczęli się rakiem wycofywać, wyjaśniać, że chodziło o „ideologię”, a nie o ludzi.
Tu pojawia się paradoks. Według najbardziej zwięzłej definicji ideologia to uproszczony do kilku haseł obraz świata. Wygląda więc na to, że „ideologia LGBT” istnieje. Wyznają i tworzą ją właśnie ci, którzy prostymi, nienawistnymi hasłami próbują nas przestraszyć spiskiem mniejszości seksualnych. 
Chyba wyszło z badań opinii, że trzeba zatrzeć złe wrażenie, bo gwiazda telewizyjnych „Wiadomości” posunęła się nawet do tego, że zaprosiła do swego do programu opozycyjnego kandydata na prezydenta, znanego z homoseksualnej orientacji. Oświadczyła mu po 19:30: Dzielenie społeczeństwa na takie i takie, ludzi na takich i takich, rodzin na takie i takie, to nie jest dobre! Przecież pańska rodzina jest taką samą rodziną jak moja rodzina, z pewnymi różnicami formalnymi. Trudno się nie uśmiechnąć. Doprawdy zabawna puenta dla tej cynicznej akcji politycznej. Ale bardziej do tego pasuje określenie „ohyde park”. 
Podobno wymyślił je Władysław Broniewski. Nieraz je mamrotał po wódkach u Wróbla, w przedwrześniowej Warszawie – czytamy w jednym ze wspomnień. Sam Broniewski to niezły przykład różnicy między człowiekiem a ideologią. Politycznie: komunista, a raczej komunizujący socjalista. Ze skłonnością do alkoholu. A równocześnie: żołnierz Legionów, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej 1920, więzień sowiecki na Zamarastynowie i Łubiance, żołnierz II Korpusu, w czasach stalinowskich autor propagandowych wierszy, który jednak odmówił napisania nowego hymnu Polski. Dwukrotnie żonaty. Czuły ojciec. Aaa, o ile mi wiadomo, heteroseksualny. Cenzurowany i w PRL-u, i II Rzeczypospolitej. Wielki poeta. W Bielsku-Białej ma ulicę, a kiedyś była i podstawówka jego imienia. Swoją drogą ciekawe, co nauczyciele mówili dzieciom o patronie? Trzeba chyba napisać do Bielska koło Płocka – tam jeszcze szkoła nosi imię Broniewskiego.
 
Janusz Legoń
 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama