Kurier.BB – Gazeta Miejska
Trzęsienie ziemi i my
Trzęsienie ziemi i my

Nie ma zimy. W Bielsku-Białej śnieg był w grudniu przez jeden dzień, niestety już po świętach.

Kiedy w styczniu przez dziwne zrządzenie losu wracałem blablakarem z Warszawy do Bielska przez Wisłę Głębce i w środku nocy kierowca zdecydował, że wspinamy się serpentynami na Przełęcz Salmopolską, żeby skrócić ostatni odcinek podróży – na Białym Krzyżu zobaczyłem nawet solidne białe zaspy, a spłoszona sarna przemknęła z jednej białej strefy lasu do drugiej w poprzek czarnej i suchej drogi. Myślałem, że to moje ostatnie spotkanie ze śniegiem tej zimy, ale w kilka dni później w Bielsku było biało – przez kilkanaście godzin. Jesteśmy uprzywilejowani, warszawiacy i tego nie mieli...
Piszę te słowa w nocy między Dniem Babci i Dniem Dziadka i zastanawiam się, czy nasze wnuki doświadczą kiedyś śniegu zwyczajnie, na podwórku, a nie jako turystyczną atrakcję, do której trzeba jechać w górne partie Beskidów albo do Szwecji, Norwegii czy Kanady. Kiedy my tęsknimy do śniegu, katastrofalne pożary lasów w Australii zabiły miliard zwierząt (owadów nie zliczono). 
Zmianę klimatu widzimy gołym okiem. Był śnieg – teraz nie ma. Kropka. Tymczasem ludzie, od których moglibyśmy oczekiwać – i wymagać – odpowiedzialności, myślenia i działania z myślą o całej zbiorowości i w perspektywie wielu lat, w zadziwiający sposób od tego wyzwania się uchylają. 
Nie my wybieraliśmy metropolitę krakowskiego, który straszy „ekologizmem”, ale wybieramy polityków i samorządowców, którzy działania w sprawie środowiska albo pozorują, albo sabotują, albo uważają za zbędne. Jednym z najpopularniejszych „argumentów” było do niedawna gadanie, że cała ta historia z ociepleniem klimatu to robota lobbystów, że stoją za tym finansowe interesy konkretnych firm. Odkąd wystarczy wyjrzeć przez okno, żeby się przekonać jak jest, trochę rzadziej o tym słyszymy. Za to bardziej popularny staje się argument z gumna – niech więksi cosik z tym zrobią, moja chata z kraja. Ciekawe, że zwolennikami takiego myślenia są politycy w naszym, średniej wielkości kraju z aspiracjami, ale także prezydent wielkich i bogatych Stanów, który zamierza wyprowadzić USA z międzynarodowego porozumienia w sprawie ograniczenia emisji dwutlenku węgla... 
Pytanie dotyczy polityki. Dlaczego wybieramy (my, ludzie, także w Ameryce) przedstawicieli, którzy za nic mają racjonalne argumenty, a i nas traktują jak stado baranów. Jacek Kurski szybko zostanie zapomniany jako prezes telewizji (bo kto ich pamięta?), ale za sprawą wypowiedzianego wiele lat temu zdania „ciemny lud to kupi” przejdzie do historii. Nie dlatego, że wdraża tę maksymę z zapałem w narodowej firmie, ale z uwagi na to, że lud to rzeczywiście kupuje. Bo ciemny? To byłaby zbyt łatwa odpowiedź.
Kiedy w dzień Wszystkich Świętych 1755 roku w Lizbonie zatrzęsła się ziemia z siłą ocenianą dziś na 9 stopni w skali Richtera, a potem ruszyło tsunami z dwudziestometrowymi falami, zginęło około 30% spośród 275 tys. mieszkańców tego bardzo zamożnego wówczas miasta. Wielu zginęło na porannych nabożeństwach, inni w domach, szpitalach, na ulicach. Zniszczeniu uległo 85% zabudowy. Była to katastrofa nie tylko miasta i kraju, ale i wstrząs duchowy dla całej Europy. Oczywiste były religijne reakcje na apokaliptyczną katastrofę. No, może poza widowiskiem auto-da-fé urządzonym przez Inkwizycję w Lizbonie. Ale również filozofowie oświecenia byli poruszeni. Wyobrażali sobie świat jak dobrze wyregulowany zegar mechaniczny, działający według zasad mechaniki Newtona. Myśleli jak Pangloss z powiastki Woltera „Kandyd” napisanej w reakcji na dyskusje po katastrofie lizbońskiej, powtarzający, że „wszystko jest najlepsze na tym najlepszym ze światów” – aż spłonął na stosie w zrujnowanej stolicy Portugalii. W świetle katastrofy optymizm zbankrutował. W efekcie – romantyzm, „czucie i wiara... szkiełko i oko”. Cytat z ballady Mickiewicza zna (hmm, znał kiedyś) każdy uczeń w Polsce, ale już nie pamięta się, że autor był świetnie wykształcony i interesował się gruntownie również naukami przyrodniczymi. Bo to przecież świetne usprawiedliwienie lenistwa spod znaku „jestę humanistom”. 
Dzisiaj od „czucia i wiary” modniejsza jest „narracja”. Nawet najbardziej konserwatywni politycy pełzają po śladach postmodernistycznych filozofów (Foucaulta, Barthesa, Derridy, Lyotarda czy Baudrillarda, a nawet, excusez le mot, Zygmunta Baumana), kiedy na pytanie, czy dwa plus dwa jest cztery, odpowiadają: to jest wasza „narracja”, a my mamy swoją. Subtelne wywody mędrców stały się źródłem nowej nazwy dla bezczelnego kłamstwa. Kiedy rzecz dotyczy spraw czysto politycznych, trudno. Ale oni mają swoje – lepsze – „narracje” nawet wobec ekspertów z obszaru nauk przyrodniczych. Nawet ci, którzy wywodzą się spośród „ścisłowców”, uważają, że porozumiewanie się z wyborcami to sfera, w której dwa dodać dwa daje wynik zależny od „narracji”. Dotyczy to zresztą nie tylko polityków. Moim ulubionym przykładem swego rodzaj „równoważności narracji” jest emitowanie wykorzystujące najnowsze technologie stacje telewizyjne programów z wróżkami i wróżbitami, którzy za pieniądze robią na wizji czary-mary – i ktoś do nich dzwoni! Jeśli ktoś taki ufa telewizyjnej wróżce, uwierzy politykowi mówiącemu wbrew faktom o klimacie, maniakowi antyszczepionkowemu czy zwolennikowi płaskiej ziemi. Polityk X, ekspert Y, wróżbita Maciej czy nastoletnia aktywistka ekologiczne to obrazki z telewizora. Czy rzeczywiście mają taką samą wiarygodność? 
Co prawda moja chata też z kraja, ale chciałbym coś zrobić w wiadomej sprawie. Dlatego sortuję śmieci. Ale im bardziej się w to wgłębiam, tym większa konfuzja. Papier mokry – do zmieszanych, pudełko po serku najlepiej umyć (no ale przecież woda to deficytowy zasób naturalny), biologiczne – wysypuj z worka, a poplamiona kawą gazeta gdzie? Moje typowe śmieci, oprócz flaszek, powinny chyba wszystkie iść do zmieszanych. Tymczasem kontener na zmieszane najmniejszy... Może jakaś akcja edukacyjna drogi ratuszu? Mój śmietnik osiedlowy jest zamieszkały przez zawodowych recyklerów, ale wróżbita śmietnikowy wśród nich nie występuje. A tymczasem:
„A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni. (...) 
Dopóki dzieci różowe się rodzą, 
Nikt nie wierzy, że staje się już.” 
To Czesława Miłosza „Piosenka o końcu świata”.
Janusz Legoń
 
Na grafice: Namioty ofiar trzęsienia ziemi w Lizbonie 1755. 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama