Kurier.BB – Gazeta Miejska
All the jazz
All the jazz

Wbrew pozorom nie będzie o muzyce, ani o musicalu, ani o filmie. Chodzi o dźwięki. Dźwięki miasta.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak Szwejk porozumiewał się w Budapeszcie? Albo gadając z żołnierzami z innych okolic monarchii austro-węgierskiej? To jasne, po niemiecku, który był dominującym językiem Kakanii. Z tego wniosek, że wiele jego gargantuicznych monologów musiało być wypowiedziane w języku Goethego i Mozarta! Ze Słowianami zapewne porozumiewał się niekiedy jakimś środkowoeuropejskim wolapikiem, przedziwną mieszanką, którą sprawnie posługiwali się przed trzydziestu laty prywatni eksport-import turyści, a który dzisiaj całkowicie zanika, bo słysząc obcy język, nawet słowiański, wielu z nas automatycznie przełącza się na angielski, nie starając się nawet zrozumieć pobratymca używającego rodzimej mowy. Swoją drogą ciekawy byłby „Szwejk” rozpisany na te wszystkie języki.
Monarchia austro-węgierska rozbrzmiewała przynajmniej dziesięcioma (jeśli wierzyć Wikipedii) wersjami językowymi hymnu państwowego „Boże wspieraj, Boże ochroń // Nam Cesarza i nasz kraj”. W innych zaborach, mimo agresywnej „przemocy językowej” pod postacią rusyfikacji czy germanizacji, ulica brzmiała wieloma głosami. Oprócz polszczyzny i języka urzędowego było słychać jidysz, mowę Romów, z katolickich świątyń dobiegały słowa łacińskich modlitw i hymnów, z synagog dobiegał hebrajski. Wielość dźwięków była znakiem wielości kultur. Pozwalała pielęgnować własną tożsamość, ukryć się w języku, dawała azyl. W poszczególnych społecznościach zawsze jakiś język ma władzę. Jeśli nie jest to akurat twój rodzimy, masz kłopoty. Język bywa znakiem wykluczenia i narzędziem wykluczania. Mianuje pariasów. Niezliczone przykłady na to, że język bywa polem walki i jej narzędziem znamy nie tylko z polskiej historii.
W książce „Europa w rodzinie”, autorstwa Marii Czapskiej (siostry słynnego malarza i pisarza Józefa, który w „Na nieludzkiej ziemi” opisał epopeję poszukiwania oficerów, którzy, jak się okazało, zginęli w Katyniu; jej potomkinią jest europosłanka Róża Thun), opisującej dzieje tego arystokratycznego rodu, wydarzenia rozgrywają się terenie całej Europy. A językiem korespondencji i rozmów są używane niemal równolegle języki francuski i niemiecki, polski, rosyjski, może też czeski i włoski. Tak było przez stulecia na szczycie drabiny społecznej. U jej podnóża stoją „tutejsi” z Polesia czy galicyjscy chłopi spod Tarnowa, którzy oprócz języka rodzimego z pewnością znali choć kilka słów z języka arendarza czy urzędnika. 
Jak brzmiało Bielsko i Biała? Idąc na spacer, wyobraź sobie te dźwięki. Tłem dźwiękowego krajobrazu naszych miast był rytmiczny stukot maszyn włókienniczych, ambient Bielska i Białej aż do lat 90. XX wieku. Tego nie muszę sobie wyobrażać, jeszcze pamiętam, może najdokładniej z fabryki na rogu Żywieckiej i Dawnej, której nazwę zapominałem, a rytm dalej turkocze w głowie. Nie mogę pamiętać wielogłosu sprzed wojny. Niemiecki w wersji germańskiej i w wykonaniu zasymilowanych do niemczyzny Żydów, trochę jidisz, czasem czeski, polszczyzna w odmianie gwarowej i spod Cieszyna, i spod Żywca...
W miejscach, w których spotykali się wszyscy, na przykład na targu, rozbrzmiewał zupełnie inny hałas, inny gwar niż dzisiaj. I wbrew temu, co niekiedy sobie wyobrażamy, wcale nie było tak, że „pany” gadały tu po niemiecku, a lud po polsku. Bywało i na odwrót, o czym świadczy pełna oburzenia notatka w „Echu Beskidzkim” z końca lat 30. XX wieku, że jakieś wieśniaczki, sprzedając jajka na targu, zamiast po polsku rozmawiają z elegancką polską klientką po niemiecku!
Różnorodność mniejszości narodowych i religijnych bywała kłopotem dla II Rzeczypospolitej, dlatego w kręgach narodowców powstała idea państwa jednorodnego narodowo, kulturowo i religijnie, odgrzewana dzisiaj przez część prawicy. Pewnie nawet najwięksi radykałowie spośród nich nie wyobrażali sobie, jakim kosztem spełni się ich marzenie. Monkultura językowa naszych ulic to zjawisko dość wyjątkowe w historii i nowe. Zawdzięczamy ją krwawym tyranom XX wieku, holokaustowi, przesiedleniom i wywózkom. Zjawisko, które chyba na naszych oczach się kończy. I dobrze, bo w tym dawniejszym wielogłosie było jakoś więcej prawdy i więcej życia.
Patrzę właśnie z balkonu, jak na parkingu pod blokiem trzech Ukraińców pomaga emerytowi – Polakowi – umieścić świeżo naładowany akumulator w wiekowym lanosie. Który niestety nie reaguje. Zatroskani panowie gwarzą w swoich językach o technice. Aż dobiega do mnie soczyste przekleństwo, jakby swojskie, ale w śpiewnym akcencie i ukraińskiej formie gramatycznej. I nie było to uniwersalne słowo pochodzące z łaciny, a znane również w ościennych językach. Coś stanowczo bardziej słowiańskiego. Przyswoili czy mają własne? 
 
Janusz Legoń
 
Grafika Josefa Lady zdobiąca w III tomie „Szwejka” rozdział o Budapeszcie.
 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama