Pół sekundy dla tożsamości
Pół sekundy dla tożsamości

Język, zwłaszcza ten mówiony, nieuchronnie dąży do skrótów.

Tak było zawsze a dzisiejsze technologie (esemesy, facebook, Instagram itp.) tylko przyspieszają i pogłębiają ten proces, nieraz do rozmiarów plagi. W tej sytuacji trudno dziwić się, że w potocznej mowie używamy wszyscy skróconej nazwy naszego miasta. Mówimy „Bielsko” mając na myśli najczęściej całe nasze dwumiasto. Trzeba uznać, że ten zabieg jest zrozumiały. Ale zrozumiały nie znaczy przecież że niegroźny i neutralny, szczególnie jeśli pojawia się w przestrzeni publicznej, w sytuacjach oficjalnych, w języku urzędowym. Jeśli u przysłowiowej cioci na imieninach mówimy, że w tym Bielsku to się dobrze żyje – w porządku, skracając nazwę miasta oszczędzamy czas, który można przeznaczyć na konsumpcję. Ale jeśli w mediach, wystąpieniach polityków, a nawet oficjalnych dokumentach pojawia się jako nazwa miasta samo „Bielsko” (a tak dzieje się coraz częściej!) - to już budzi mój sprzeciw. 
Cóż w tym groźnego? Ano to, że ten zabieg językowy jest symboliczną amputacją połowy naszej tożsamości, kultury i historii. Nasze miasto jest podwójne, zawsze leżało na pograniczu, zawsze było miejscem spotkania różnych kultur, narodów, języków i religii. Pogranicze śląsko-małopolskie, które większość z nas nazywa Podbeskidziem, najmocniej wyraża się właśnie w naszym mieście, którego głównymi składowymi stało się śląskie (a właściwie niemieckie) Bielsko oraz małopolska Biała, przez pewien czas po prostu Biała Krakowska. To dwie różne tradycje, które – choć nie bez napięć – współistniały na tej ziemi przez wieki. Jeśli z publicznego języka usuniemy połowę naszej nazwy, to w konsekwencji usuwamy połowę naszej pamięci, kształtującej naszą obecną tożsamość. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że u wielu polityków i ideologów „nowej śląskości” ten językowy zabieg amputacji połowy nazwy miasta – jednak jest celowy. 
Dziś jesteśmy w województwie śląskim. O to, co śląskie, świetnie dbają władze wojewódzkie, mając do dyspozycji i duże pieniądze i zarządzane przez siebie instytucje (np. Bibliotekę Pedagogiczną, położoną zresztą w Białej). O tę drugą część naszej duszy, małopolską, musimy zadbać sami. Zacznijmy od tego, by nie oszczędzać języka. Mówmy publicznie „Bielsko-Biała”, zajmie nam to pół sekundy więcej niż samo „Bielsko”. I to licząc razem z myślnikiem. I wymagajmy tego od naszych władz, od naszych reprezentantów w sejmie i samorządzie (choćby dlatego, że Ratusz jest bialski!), od dziennikarzy z którymi się stykamy. Nikt tego za nas nie zrobi. 
Może przywiązuję zbyt dużą wagę do języka? Przecież to tylko słowa, a nie rzeczywistość – powiedziałby ktoś. Ale słowa kształtują rzeczywistość; zawsze wiedzieli to ci, którzy chcieli rządzić. Nie przypadkiem w 1939 roku Niemcy od razu zakazali używania nazwy Biała, nazwali ją Bielitz Ost i włączyli do Bielitz. To jest tradycja wcielenia i okupacji. A nazwa Bielsko-Biała  to tradycja połączenia i szacunku. Wybór jest prosty. 
 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama