Banialuka – koniec epoki
Banialuka – koniec epoki

Lucyna Kozień postanowiła zakończyć pracę w Banialuce. To ważne wydarzenie dla tego teatru, lecz także ważny moment w historii kultury w Bielsku-Białej.

Nie jest rodowitą bielszczanką, ale jej zasługi dla naszego miasta trudno przecenić. Urodziła się w niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu, ukończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę, a następnie Podyplomowe Studium Dziennikarskie. W wielu wypowiedziach podkreśla wpływ Krakowa lat 70. XX wieku na swoje myślenie o sztuce. To był niezwykły czas stołecznego miasta. Złota epoka Starego Teatru (największe działa Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy), spektakle Tadeusza Kantora, ferment teatru studenckiego (którego najciekawsze propozycje prezentowane były na festiwalu Krakowskie Reminiscencje Teatralne), scenograficzne dokonania Kazimierza Mikulskiego w Teatrze Lalek Groteska, „Piwnica pod Baranami”, ale też wystawy plastyczne w „bunkrze”, jak nazywano gmach krakowskiego BWA. To wszystko składało się na koktajl artystycznych wrażeń, niekiedy o randze światowej. Ale przecież wspomnienia ze studenckich czasów mogły pozostać wyłącznie pięknymi śladami w pamięci, jak w przypadku dziesiątków innych polonistów opuszczających co roku mury krakowskiej Almae Matris. W przypadku Lucyny Kozień, w połączeniu z zamiłowaniem do dobrej literatury, wywiedzionym z systematycznej lektury miesięcznika „Literatura na Świecie”, stały się budulcem artystycznego systemu wartości, stanowiły punkt odniesienia dla własnej obecności w życiu artystycznym. Mówiła o tym wprost w kilku wypowiedziach, ale też zaświadczała swoją pracą.
Z Banialuką związała się w początku lat 80. – w 1981 objęła funkcję kierownika literackiego, którą będzie pełnić przez ponad 20 lat. Teatrem kierował wtedy jego współzałożyciel, Jerzy Zitzman (1918–1999), który zbudował artystyczną pozycję Banialuki na arenie krajowej i międzynarodowej, a w 1965 zainicjował Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek, dzisiaj należący do najbardziej prestiżowych imprez lalkarskich w Europie, a w czasach PRL pełniący dla polskich lalkarzy funkcję swoistego uniwersytetu, umożliwiającego kontakt ze światem. Lucyna Kozień współpracowała z Zitzmanem i gronem zapraszanych przez niego artystów z kraju i zagranicy. Współtworzyła festiwal, zyskując kontakty w międzynarodowym środowisku lalkarskim. Zagraniczne wojaże teatralne wykorzystywała często do odwiedzania muzeów i galerii, pogłębiając znajomość współczesnej plastyki. W dyskusjach z Zitzmanem oraz ze związanym z Banialuką malarzem, scenografem i reżyserem Andrzejem Łabińcem (1930–2010) formowało się jej myślenie o teatrze lalek, zarówno jako dziedzinie sztuki, jak i jako zespole artystycznym oraz publicznej instytucji. 
Lucyna Kozień czasem mówi, że coś jest „banialukowskie”, a coś nie. Jak opisać to myślenie? Nie chodzi tu o konwencję artystyczną czy jakiś określony styl. Myślę, że to postawa artystyczno-etyczna, która składa się z wrażliwości na walory plastyczne przedstawienia, niechęci do podążania za modą i publicystycznym efektem, a także z dbałości o autonomię sztuki – zarówno wobec władzy, jak i gazety. Polega na szanowaniu widza, ale nie poprzez podporządkowanie się jego gustowi, lecz przez tego gustu kształtowanie. Raczej za pomocą poetyckiej metafory niż plakatowej dobitności. Jest w tym rodzaj szczególnego artystycznego arystokratyzmu, którego korzenie tkwią gdzieś jeszcze w Młodej Polsce i jej niechęci do „filistra”. Jaskrawym reprezentantem takiej postawy był Tadeusz Kantor, starszy kolega Zitzmana w ASP (w 1938 Zitzman uczestniczył w realizacji lalkowej „Śmierci Tintagilesa” przez Kantora). W połowie lat 80. byłem na konferencji prasowej zorganizowanej po powrocie teatru Cricot 2 z tournée po Ameryce Południowej. Cricoteka mieściła się wówczas w ciasnych zabytkowych pomieszczeniach u stóp Wawelu, przy ulicy Kanoniczej. Kantor kazał wyświetlić telewizyjne zapisy braw, jakimi przyjmowano jego przedstawienia za oceanem. A później zagrzmiał oburzeniem: – Jakie aplauzy! A na Okęciu czekał na nas jeden urzędnik z PAGART-u ze zwiędłym goździkiem! Państwowa agencja PAGART organizowała wyjazdy artystów za granicę i nawet Kantor potrzebował jej pośrednictwa, zaatakował ją jednak płomiennie nie za jakieś błędy organizacyjne, tylko za brak wystarczającego szacunku dla artystów. 
Tego rodzaju arystokratyzm nie przejawiał się w Banialuce tak gwałtownie jak u twórcy Cricot 2, ale z pewnością był cechą Łabińca, a wydaje mi się, że i Zitzmana. Uwzględniając różnicę temperamentów, dostrzegałem go również u Lucyny Kozień, kiedy, kierując teatrem, umiała uniknąć popadania w żałosną dworskość w relacjach z urzędnikami. 
Zanim to jednak nastąpiło, w 1991, po ustąpieniu Zitzmana z dyrekcji, stanęło przed nią zadanie zachowania ciągłości owej „banialukowej” postawy wobec sztuki i życia. Dyrekcja jego pierwszego następcy, Aleksandra Antończaka, miała jeszcze charakter kontynuacji, potem jednak nastąpiły próby organizacyjnych rewolucji, podejmowane przez – wybitnych przecież, ale dążących na różne sposoby do radykalnego zerwania z tą tradycją – Krzysztofa Raua i Piotra Tomaszuka. Wreszcie w 2003 to Lucyna Kozień objęła funkcję dyrektora artystycznego, a w 2005 naczelnego i artystycznego Banialuki. Początek był bardzo trudny. Tomaszuk, który rozstał się z Bielskiem-Białą przed zakończeniem kontraktu, w atmosferze skandalu, w odwecie zablokował granie większości bieżącego repertuaru (jako autor sztuk lub adaptacji wykorzystał do tego prawa autorskie). W tej sytuacji Lucyna Kozień wznowiła po 15 latach od premiery legendarną „Samotność” (reż. François Lazaro, scen. Jerzy Zitzman), co było znakiem powrotu do najświetniejszych tradycji tej sceny.
Zamykająca się właśnie epoka odpowiedzialności Lucyny Kozień za Banialukę znaczona była kolejnymi sukcesami artystycznymi, udziałem w krajowych i zagranicznych festiwalach, nagrodami za przedstawienia dla dzieci i dla dorosłych. W mojej pamięci pozostaną z tego czasu kolejne prace Lazaro: „Król umiera” Ionesco i niedawna, niezwykła „Oresteja?”, „Balladyna” w reż. Petra Nosálka, prace Pawła Aignera „Zielony Wędrowiec” i wyjątkowo jak na Banialukę rymująca się ze współczesnością „Zielona Gęś”. Dużo tego, brak miejsca, by wymieniać. A jeszcze przypominają się wspaniałe widowiska goszczące na festiwalu.
To imponujący dorobek, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę „zimny wychów”, który poprzednie władze miasta aplikowały temu teatrowi. Obydwie bielskie sceny w czasie kierowania miastem przez Jacka Krywulta przeszły wspaniałe remonty, jednak jeśli chodzi o dotacje na bieżącą działalność, figurowały na ostatnich miejscach ogólnopolskich statystyk. (W efekcie, za sprawą świetnej frekwencji, były w czołówce, gdy chodzi o relację wpływów własnych do dotacji). W przypadku Banialuki niedostatek był szczególnie dotkliwy (ot, łątki, kukiełki – myślano pewnie, ignorując, że to perła w koronie bielskiej kultury). W kontekście aktualnych dyskusji przedwyborczych przypomina się zdarzenie sprzed kilku lat, kiedy ustawowe zwiększenie pensji minimalnej wymusiło podwyżki podstawowego wynagrodzenia bodaj dla większości członków zespołu artystycznego tego teatru. Drogi Ratuszu, najwyższy czas zerwać z taką tradycją.
Ustępując z dyrekcji teatru, Lucyna Kozień pozostaje aktywna w działaniach ważnych dla ogólnopolskiego środowiska lalkarskiego. Niedawno po raz kolejny została wybrana do władz stowarzyszenia POLUNIMA, nadal kieruje polsko-angielskim kwartalnikiem „Teatr Lalek”, najważniejszym pismem branżowym. Jacek Popławski, jej następca przy ul. Mickiewicza, ma z tradycją tej sceny związki bliskie, choć ze względów pokoleniowych mniej głębokie. To już będzie inny świat, to będzie inny teatr. I dobrze. Miejmy jednak nadzieję, że prowadząc go własną drogą, zechce pozostać wierny podstawowym składnikom tego, co „banialukowskie”. 
Janusz Legoń
 
Na zdjęciu: Jacek Popławski i Lucyna Kozień razem na scenie Banialuki przed premierę „Robinsona”.
Foto: Paweł Sowa / UM Bielsko-Biała
 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama