Ad esbecum
Ad esbecum

Specjaliści analizujący zasady, według których przebiegają dyskusje w internecie, ukuli termin „argumentum ad Hitlerum”.

Pojęcie to zostało stworzone na wzór „argumentum ad absurdum”, chwytu znanego z dawnych podręczników sztuki przemawiania i prowadzenia sporów (jej podstawy pochodzą z dawnego Rzymu, stąd łacina), polegającego na sprowadzeniu tezy przeciwnika do absurdu. 
Zauważono, że gdy w dyskusji internetowej pojawia się porównanie czegoś do czasów III Rzeszy, dyskusja się kończy – dalej możliwe są tylko obelgi. W polskich warunkach podobnie działają porównania do różnych zjawisk z czasów komunizmu. Lepiej unikać.
Ale kiedy czytam doniesienia Onetu, że najwyższy urzędnik ministerstwa sprawiedliwości miał jakoby współpracować z osobami prowadzącymi działania zniesławiające obywateli krytykujących prace tego urzędu, nie umiem poskromić niesfornej pamięci.
Była to chyba jesień 1980 lub 1981 roku, sławny karnawał „Solidarności”. Byłem wówczas uczniem szkoły średniej. Wracając po lekcjach do domu, znalazłem na trawniku przed blokiem ulotkę. Już to było dziwne. Wystawione na wichry od gór trawniki na Złotych Łanach nie były typowym rejonem rozrzucania ulotek. Właściwie nigdy przedtem, ani nigdy później niczego takiego tam nie widziałem. Może przywiało z centrum miasta? Kiedy ją podniosłem, zauważyłem, że różni się do rozpowszechnianych wówczas druków tzw. drugiego obiegu. Uderzała graficzną skromnością. Żadnej winiety, loga. Ot, maszynopis (dla młodszych: to przypominało dzisiejszy wydruk z komputera, powstało za pomocą maszyny do pisania – mechanicznej pramatki dzisiejszych procesorów tekstu w komputerze, jak na przykład LibreOffice). Ulotka była powielona za pomocą – spotykanej wówczas bardzo rzadko – kserokopiarki. (Wszelkie urządzenia do powielania druków były pod ścisłą kontrolą państwową). Tekst nosił tytuł, o ile pamiętam, „Prawda o…” i tu następowało nazwisko osoby, której dotyczyły „rewelacje” – znanego wówczas dziennikarza, zaangażowanego w działalność opozycyjną zbliżoną do KPN. Styl tego płodu był swego rodzaju arcydziełem. Autor (autorzy?) zaplątali się w donosicielskiej kwiecistości. Jej kulminacją było zdanie: „Jego trzy żony do dziś wspominają pieszczoty tego notorycznego alkoholika”. Chyba jest jednak dobrym mężem, skoro panie wspominają pieszczoty? Ale te trzy żony to naraz, czy jedna po drugiej? Takie tam refleksje tłukły się po głowie nastolatka, którym wtedy byłem… jeszcze mało wiedzącego o zawiłych ścieżkach ludzkich uczuć.
Może dlatego od razu było oczywiste, kto jest autorem i wydawcą tego śmiecia – państwowy urząd, Służba Bezpieczeństwa. Mechanizmy jej działania – i jej siostrzanych służb z innych krajów – są dzisiaj nieźle opisane. To było może groteskowe, ale przecież groźne dla podlegającej tego rodzaju obróbce osoby. Na przykładzie działań wschodnioniemieckiej STASI pokazał to świetnie nagrodzony Oscarem film „Życie na podsłuchu”.
Dzisiaj internetowe działania tego rodzaju nazywamy hejtem. Kiedy „hejterzy” działają ochotniczo, trudno – to wstrętne, ale może nieuniknione koszty wolności słowa. Kiedy jednak tacy „ochotnicy” mają możliwość, powiedzmy ostrożnie, konsultowania się z najwyższej rangi urzędnikami z dostępem do wszystkich danych o każdym z nas, jak to nazwać? Do czego porównać? Czy można wierzyć, że to nie jest wierzchołek góry lodowej?
Kiedyś studenci krakowskiej polonistyki na zajęciach z kultury języka rozmawiali z profesorką, dostojną krakowską damą, o brzydkich wyrazach. – Kiedy ich używacie zamiast przecinków, to źle – mówiła profesorka, precyzując: – Ale jeśli robotnikowi spadnie cegła na nogę, to co on ma powiedzieć? W tej sytuacji porównanie „ad esbecum” wydaje się na miejscu. Fuj.
Janusz Legoń
 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama