Mity, czyli co nam jest potrzebne
Mity, czyli co nam jest potrzebne

Według potocznej wiedzy mity to takie bajki w które wierzyli starożytni. He he, starożytni.

Wystarczy włączyć telewizor, żeby uświadomić sobie, że zostawianie mitów dawnym cywilizacjom czy tzw. ludom pierwotnym to grube uproszczenie. My też jesteśmy niewolnikami mitów, a delikatniej (i precyzyjniej) rzecz ujmując – nam, współczesnym, też są potrzebne.
Dlatego chociaż jest kilka audycji typu „pogromcy mitów”, ale w innym paśmie często te same stacje, które „pogromców” emitują, za pomocą najnowocześniejszych technologii umożliwiają kontakt z wróżbitą, tarocistką i innymi szarlatanami. Czujecie ironię tej sytuacji?
 
Potrzebujemy mitów, żeby nadawać światu sens. Żeby wiedzieć, co robić. Przecież na ogół nie podejmujemy decyzji racjonalnie, nie badamy faktów, nie konfrontujemy swoich przekonań na różne tematy z wynikami badań naukowych. Kto z was czyta instrukcje obsługi urządzeń, które kupuje do domu? Gdy nie wiemy, jak je obsłużyć, posługujemy się metodą prób i błędów, a potem dzwonimy do call center, żeby usłyszeć, co zrobić. Dlatego z ajfona dzwonimy do wróżki. Bo wolimy opowieść od wiedzy. 
 
Mity potrzebne są poszczególnym ludziom, ale też społecznościom. W tym drugim przypadku mają między innymi wyjaśniać, dlaczego jesteśmy razem. W sposób estetyczny (czyli czasami ukrywający prawdziwe przyczyny) i mobilizujący. Dlatego korporacje tworzą głodne kawałki nazywane misją firmy (jakby nie było wiadomo, że chodzi o zarabianie pieniędzy poprzez sprzedawanie produktów i usług). Dlatego państwa tworzą polityki historyczne, służące do tego, żeby z odpowiednio spreparowanych faktów układać mobilizujące historyjki. 
 
O mitach można nieskończenie. Tegoroczny festiwal teatralny Bez Granic stwarzał wiele okazji do refleksji na ten temat. Zostawmy to recenzentom. W kontekście mitów chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwa spektakle. 
 
„Osmyčky” (pol. „Ósemki”) Teatru Miejskiego w Brnie to widowisko przypominające rewię czy program estradowy. Sprawnie zrealizowane, ale z formalnego punktu widzenia z pewnością nie posuwające naprzód sztuki teatru. To satyra w najszlachetniejszym i wymagającym największej odwagi gatunku. Jej ostrze nie jest wymierzone w jakichś władców, szefów, czy polityków, krótko mówiąc – w „onych” – ale w publiczność siedzącą na widowni. Twórcy „Osmyček”, wychodząc od prostej obserwacji, że daty najważniejszych zdarzeń w historii Czech zawierają cyfrę osiem (stąd tytuł) prowadzą nas przez historię swojego kraju od czasów najdawniejszych po współczesność. 
 
Opowieść zaczyna się pod górą Říp (456 m). Czy wiedzieliście, że według czeskiego mitu tam właśnie zaczyna się historia? To bazaltowe wzgórze, pozostałość po wulkanie, widoczna z daleka, położona między Sudetami a Wyżyną Czeskomorawską... Sylwetką i magicznym znaczeniem przypomina naszą Ślężę. Według podania, spisanego po raz pierwszy w kronice Kosmasa w XII wieku, pod tą górą zatrzymali się w swej wędrówce pierwsi Słowianie, prowadzeni przez praojca Czecha. Kraina (ziemia obiecana) mlekiem i miodem płynęła, ale nie miała nazwy. Ustalono więc, że zostanie nazwana Czechami na cześć patriarchy. Według późniejszych wariantów w gromadzie prowadzonej przez Czecha byli bracia Lech i Rus. Odmiany tej opowieści znajdziemy też w polskich kronikach (np. według Długosza Rus był synem Lecha). Jej echem jest też cieszyńska legenda Studni Trzech Braci. 
 
Góra Říp stała się dla Czechów bardzo ważna w dobie XIX-wiecznego odrodzenia narodowego. Odbywały się tam manifestacje patriotyczne, a 10 maja 1868 wydobyto z niej pierwszy kamień węgielny pod praski Teatr Narodowy, budowany wysiłkiem całego społeczeństwa (w jego fundamentach znalazły się też kamienie z innych miejsc ważnych dla Czechów). 
 
W ujęciu twórców „Osmyček” przed praojcem Czechem i jego drużyną pod górą Říp znalazło się... dwóch innych Czechów. To ponadczasowe postaci, przewijające się przez całą historię: Zatykač (Agent, dosł. nakaz aresztowania) i Udavač (Donosiciel). Praojcu Czechowi przedstawiają się jako wyszczekani pośrednicy nieruchomości. To oni przekonają go do podjęcia decyzji o pozostaniu w tym miejscu. Siarczyście klnący, wiecznie niezadowolony Lech odejdzie obrażony na północ (na moczary), a z bratem Rusem główni bohaterowie będą robić machlojki na boku. Mit założycielski został w ten sposób ośmieszony, a raczej zastąpiony przez nowy – boleśnie satyryczny – mit o Zatykaču i Udavaču. To oni, jakoby przez pomyłkę, spalili Jana Husa, byli pod Białą Górą, a później podpalili Teatr Narodowy... Rzecz rozwija się brawurowo w poetyce przypominającej Monty Pythona, a nawet „Żywot Briana” (Zatykač i Udavač byli łotrami na Golgocie)... Niektórzy widzowie twierdzili, że w Polsce takie podejście do narodowych mitów nie byłoby możliwe. Natomiast publiczność w Czeskim Cieszynie nie tylko nie obraziła się na artystów, ale oceniła spektakl najwyżej z wszystkich na festiwalu.
 
Czechy mają wielowiekową tradycję historyczną. Inaczej z tak młodym państwem, jak Słowacja, którego początki niespecjalnie nadają się do mitologizowania. Pierwsze samodzielne państwo słowackie w czasie II wojny światowej kolaborowało z Hitlerem i jako jedyny satelita III Rzeszy płaciło(!) Niemcom za deportację Żydów do obozów koncentracyjnych. Miałem to w pamięci, gdy zapraszaliśmy „Annę Frankovą” (pol. „Anne Frank”, Nove divadlo, Nitra). Nie spodziewałem się jednak (okazało się to dopiero podczas rozmowy pospektaklowej), że motywacje twórców wiążą się właśnie z tym, do czego służą mity. Otóż zdaniem Veroniki Gabčíkovej, współautorki adaptacji, młodzież słowacka, choć zna podstawowe fakty z przeszłości, nie rozumie ich sensu, nie potrafi wiedzy wypełnić emocjonalną treścią. Dlatego powstało to intymne przedstawienie. 
 
Do takich celów na ogół służą mity. Ich tworzenie, a także burzenie i podważanie, to jedno z zadań artystów. Jego uczciwe wypełnianie wymaga odwagi.
 
Janusz Legoń
 
Grafika: Lech i Czech - ilustracja z kroniki Miechowity (edycja z 1521)
 


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama