Kosiarka umysłów
Kosiarka umysłów

...albo „Wesele” w Ikei. Chłopi w „Weselu” Igora Gorzkowskiego są ubrani o wiele lepiej od gości, którzy na bronowickie weselisko przybyli z miasta.

Ich kremowo-białe sukmany Magdalena Dąbrowska ozdobiła szarymi motywami kwiatowymi z powstałego w latach 1896-97 szkicownika Wyspiańskiego nazywanego „zielnikiem”. 
Sukmany wyglądają przepięknie. Równie wspaniałe są suknie kobiet. Lud prezentuje się nie tylko odświętnie i godnie, ale po prostu bogato. W konfrontacji z tą wyszukaną, dizajnerską elegancją, miastowi wypadają blado. Ich różnobarwne ubiory, stylizowane na modę z przełomu wieków, są gustowne, ale chcąc nie chcąc trącą starzyzną. Tylko trochę. Nie jest to szyk second handu, raczej urok outletu. Duch estetyzacji unosi się też nad muzyką, w której Zbigniew Kozub zgrabnie i bezkonfliktowo połączył jazz z muzyką ludową. 
Przestrzeń zagospodarowana jest ze skandynawskim minimalizmem. Na pustej scenie, na tle ciemnego horyzontu urozmaiconego niewielkim oknem, ustawiono po przekątnej prosty drewniany stół. Obok takież krzesła – surowe, ale wygodne, z profilowanymi oparciami. Ozdoby na stole w nowoczesnym guście, minimalistyczne.  Mogły je zrobić chłopki, mogły mieszczki, a może przedstawicielki obydwu środowisk przygotowały je wspólnie na jakichś warsztatach dla aktywnych kobiet (dlaczego faceci na to nie chodzą?!). To oczywiście nie rękodzieło, tylko DIY albo inaczej handmade. Mogły też zostać zakupione w którejś z sieciówek.
To przestrzeń pusta również w sensie symbolicznym. Czytelnicy „Wesela” pamiętają, jak dokładnie Wyspiański przedstawił miejsce akcji. Opisał szczegóły topograficzne i „wnętrzarskie” – pomieszanie typowej wiejskiej chaty z tamtych czasów (z szeregiem „Świętych obrazkowych” u powały) z mieszkaniem szlacheckim czy inteligenckim (szable, flinty, pasy podróżne, stolik w stylu empire, papiery na biurku) – zwracając uwagę na pięć konkretnych obrazów. Były to dzieła Matejki: litograficzna reprodukcja „Racławic” i fotografia obrazu „Wernyhora”; ponadto „portret pięknej damy w stroju z lat 1840” (czyli z czasów rabacji galicyjskiej) oraz dwa „ogromne” obrazy religijne, wizerunki Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Ostrobramskiej. Dlaczego je wyróżnił? Bo to znaki tożsamości, przede wszystkim Gospodarza (Rafał Sawicki) i Gospodyni (Anna Guzik), ale i całej społeczności zgromadzonej na weselu. Po tych znakach u Gorzkowskiego nie ma śladu. Może dlatego, że obraz dzisiaj nie znaczy, ma tylko dekorować wnętrze? Możecie sobie kupić w sklepie z meblami fotografię wodza podbitego plemienia patrzącego z przerażeniem w obiektyw aparatu białego zwycięzcy – dekoracyjną, bo czarno-białą. Gdyby sprzedawali reprodukcję „Rozstrzelania powstańców madryckich” albo „Okropności wojny” Goyi, klienci zastanawialiby się, czy potrzebują w mieszkaniu akcentu barwnego, czy może lepszy monochromatyczny rysunek. (Podpowiadam, najlepsza będzie „Guernica” Picassa: różne odcienie modnej szarości, ale jednak „na bogato”; na AliExpress ceny od 5 do 15$). 
Ekwiwalentem nieobecnych symboli tożsamości jest w inscenizacji Gorzkowskiego częste wprowadzanie postaci przez widownię oraz rozgrywanie scen w ciasnym przesmyku między kolanami widzów w pierwszym rzędzie a parapetem sceny. W ten sposób pozłacany, mieszczański i mieszczaniejący bielski teatr oraz jego publiczność stają się częścią scenicznej opowieści. Tych zabiegów, irytująco utrudniających oglądanie spektaklu z balkonów, jest trochę za dużo.
Rozgrywany w tej przestrzeni pierwszy akt sprawia wrażenie rewii zespołu w typie „Mazowsza”, mimo chwalebnych wysiłków aktorek i aktorów starających się wypełnić krótkie jak mgnienie oka szopkowo-reportażowe scenki prawdą psychologicznych napięć. Z tego grona najwyraźniej zapisuje się w pamięci para młoda. Decyzje obsadowe konsekwentnie nawiązują do wspomnianego zatarcia różnicy między miastem a wsią. W roli Panny Młodej świetnie zadebiutowała na naszej scenie bielszczanka, Dominika Handzlik, dziś aktorka po krakowskiej AST, wcześniej znakomita recytatorka (wychowanka młodzieżowego teatru Heliotrop, prowadzonego przez Halinę Kubisz-Mułę). W roli Pana Młodego znakomicie towarzyszy jej Mateusz Wojtasiński, utalentowany tancerz, absolwent bytomskiego wydziału tańca PWST, któremu coraz częściej i z coraz lepszym skutkiem teatr powierza role dramatyczne. Obydwoje tworzą parę jak z żurnala mód. Tyle, że uroda, sposób gry i kostium Panny Młodej są... inteligenckie, miastowe. Dominika Handzlik nie ma w sobie nic z dorodnego kocmołucha, jakim była Ewa Ziętek w filmie Wajdy czy – w nieco innym stylu – Monika Frajczyk (bielszczanka!) jako ciężarna Panna Młoda w głośnej inscenizacji Jana Klaty. Z kolei Wojtasiński nie tworzy miejskiego uwodziciela w stylu Olbrychskiego (u Wajdy) czy pana przed pięćdziesiątką szukającego na wsi... nowej energii, jak Radosław Krzyżowski (u Klaty). Wojtasiński daje tej roli tężyznę, prostotę i szczerość – co chętniej przypisalibyśmy przedstawicielowi ludu niż komuś z miasta. Chętnie wierzymy w prawdziwość uczucia wiążącego młodą parę. W ich relacjach nie wyczuwamy mezaliansu, czyli niebezpieczeństw grożących małżeństwom łamiącym bariery stanowe czy klasowe. To zresztą powoduje, że dość dobrotliwe u Wyspiańskiego porady małżeńskie Księdza (Tomasz Lorek) brzmią w bielskim przedstawieniu ślisko, jak nieuprawniona ingerencja.
Jednak w takim ujęciu pierwszy akt stracił całą swoją drapieżną satyryczność. Nawet scena „To któż moich groszy złodzij” z Czepcem (Adam Myrczek) nie chcącym spłacać karczmianych długów Żydowi (Jerzy Dziedzic) dzierżawiącemu karczmę od Księdza – przeszła bez echa. Premierowa publiczność zaśmiała się tylko raz, gdy usłyszała prawdę o korzyściach, jakie przynosi „żona z prosta”. 
W przerwie słyszę, że ta sprawna, barwna feeria wszystkim się podoba. Że niby „wreszcie w zgodzie z autorem”. No tak, ładnie aż zęby bolą, a że sejsmografy w Krakowie notują lekkie wstrząsy w okolicach Skałki, gdzie my, naród, zakopaliśmy nieboraka – nieważne. Na to facet ma pomniki, żeby nie zawracał głowy.
Na szczęście w drugim i trzecim akcie sytuacja się zmienia. Reżyser radykalnie przerobił drugi akt, role wszystkich Osób Dramatu (Chochoł, Widmo, Stańczyk, Hetman, Rycerz Czarny, Upiór, Wernyhora) powierzając jednej osobie. Gra je kobieta(!), ubrana w ponadczasową (powiedzmy współczesną) marynarkę i spodnie – Jadwiga Grygierczyk. Długie tyrady zostały radykalnie skrócone, a symboliczne rekwizyty zredukowane do minimalistycznie prostych znaków. Kaduceusz Stańczyka to czarna tyczka ze złotym akcentem na końcu, atrybutem Rycerza jest łuk itp.; złoty róg jest... najprawdziwszym rogiem myśliwskim. Dzięki temu aktorka, budując rolę precyzyjnie dozowanym groteskowym nadmiarem ekspresji i gestu, odpowiada na fundamentalne pytanie: jeśli te wszystkie figury są jedną postacią, to którą? Oprócz Wernyhory i Chochoła można je chyba uznać za rodzaj wyrzutów sumienia, unaocznienie podświadomości, traum, kompleksów i marzeń poszczególnych rozmówców spośród gości weselnych. Powiedzmy, że Chochoł może być złym demiurgiem, który te upiory wysyła na żer. Ale co w tym towarzystwie robi Wernyhora?! W żadnym razie nie jest niosącym nadzieję prorokiem. To złuda, jeden z upiorów, ciemna strona duszy Gospodarza, z uroszczeniami do przywództwa, bezwolnym chciejstwem itd.
Tworzoną w ten sposób diagnozę społeczną podkreśla świetnie zagrany przez Grzegorza Margasa monolog Nosa (niemal bez skrótów). Pamiętacie? „Najlepiej na ten temat śpię”... 
Tak oto przedstawiony w pierwszym akcie egalitarny świat sterylnych mebelków dla miasta i wsi został zdemaskowany. Ładny laminat zdrapany, wysypują się sprasowane wióry. Jasiek (Sławomir Miska) gubi złoty róg, ale czy kiedykolwiek go otrzymał? Kiedy chłopi z kosami na sztorc przyjdą rankiem do Gospodarza, cóż z tego. Nie wiedzą nawet, co z nimi zrobić – na co dzień na pewno używają kosiarek. 
 
Janusz Legoń
 
PS. Pytają teatralni cywile, dlaczego niektórzy mieszkańcy Bronowic mówią w bielskim „Weselu” jakby przyjechali z Podhala. Macie w tym, dostojni aktorzy i czcigodne aktorki jakiś cel artystyczny, czy po prostu tak wyszło?
 
Foto: Dorota Koperska


Lista
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama