Pan Marek i jego fletnie
Pan Marek i jego fletnie

O pociągu do muzyki, trudnych początkach i fletni pana z Markiem Teślukiem – twórcą i właścicielem Pracowni Instrumentów Muzycznych rozmawia Krzysztof Kozik.

O pociągu do muzyki, trudnych początkach i fletni pana z Markiem Teślukiem – etnologiem, twórcą i właścicielem Pracowni Instrumentów Muzycznych rozmawia Krzysztof Kozik. 
 
– Kiedy pojawiło się u Pana zainteresowanie muzyką i tworzeniem instrumentów muzycznych?
– Zawsze mnie ciągnęło w stronę muzyki. Jestem z nią związany przez całe życie. Dopóki chodziłem do szkoły muzycznej, to pianino było w domu. Później dalej chciałem grać, ale nie systemem szkolnym. Moja siostra uczyła się gry na flecie więc pożyczałem go od niej i samodzielnie uczyłem  się na nim grać. Właściwie nie wiem co spowodowało, że zainteresowałem się fletnią. Wtedy nie było jeszcze w Polsce Latynosów i nie było z kogo brać przykładu. Wszystkiego uczyłem się więc sam. Sam też zacząłem budować instrumenty. Wykorzystywałem rurki plastikowe, różnego typu łodygi.
Pierwsza moja własnoręcznie zrobiona fletnia była kopią chińskiej fletni, którą znalazłem w książce „Historia instrumentów muzycznych”. Do jej wykonania użyłem łodyg arcydzięgla. Nie grała zbyt dobrze, gdyż rurki były za wąskie. Dopiero na jej podstawie zacząłem kombinować co i jak zrobić, aby było lepiej. Materiałów szukałem w sklepach wędkarskich i ogrodniczych. To był koniec lat 80. Jeszcze na studiach, w 1993 roku, założyłem firmę. Jestem typowym samoukiem. Uczyłem się metodą prób i błędów. Dość długo to trwało. W rzemiośle, w którym nie masz się od kogo uczyć, zaczynasz cokolwiek kumać dopiero po 10 latach. Zaczynałem we Wrocławiu, ale po kilku latach przeniosłem warsztat do domu przy ulicy Kolejowej w Bielsku-Białej. Od 10 lat pracownia mieści się w Wilkowicach. W ubiegłym roku „strzeliło” nam 25 lat profesjonalnej działalności. 
 
– Uznanie na rynku trzeba  zdobywać całe lata…
– Początki były bardzo trudne i biedne. Sam robiłem zdjęcia instrumentów, pisałem na maszynie i sposobem chałupniczym wycinałem, naklejałem. Tak powstawały plakaty, które kopiowałem na ksero po 20 sztuk. Chodziłem z nimi po sklepach i muzycznych targach. Później za pożyczone pieniądze kupiłem pierwszy komputer. Początki były trudne i biedne: małe  dzieci, żona na macierzyńskim. Dopiero później, gdy trafił się pierwszy poważny klient za granicą,  zaczęło być lepiej. Na początku wysyłałem mu po kilka fletni. Potem kilkanaście, cały karton… 
Przełom nastąpił  w momencie pojawienia się internetu. Pozwolił on na nawiązanie kontaktów handlowych z zagranicą. Strona internetowa oraz  możliwość kontaktu mailowego bardzo pomagają  w prowadzeniu biznesu.  
Dzisiaj głównego i najważniejszego klienta mam w USA, na Florydzie. Zaczynałem handel z nim od małych ilości by dojść z biegiem lat do tego co dzisiaj – trzy razy w roku wysyłam mu po 10 dużych kartonów instrumentów. To jest konkret. 
 
– To jednak nie jedyny poważny klient.
– Mam odbiorców na całym świecie. Holandia, Niemcy, Francja, Rosja, Czechy, Rumunia, to tylko niektóre kraje, gdzie trafiają moje instrumenty. 
 
– A w Polsce?
– Zainteresowanie samym instrumentem jak i grą na nim jest coraz większe, także wśród młodych. W Bielsku-Białej przez wiele lat prowadzone były warsztaty gry na fletni pana, w których udział wzięła udział dość duża grupa uczestników. W Bielskim Centrum Kultury organizowaliśmy także koncerty. 
 
– Fletnia Pana staje się coraz popularniejszym instrumentem.
– Na salony i sale koncertowe wprowadził ją w latach 60. XX wieku rumuński muzyk Gheorghe Zamfir. Przeszedł on do historii rozwijając i unowocześniając tradycyjny rumuński styl grania na fletni Pana. Zamfir zmienił także sam instrument, zwiększając liczbę piszczałek z 20 do 22, 25, 28 i 30. Dzięki tym zmianom poprzez odpowiednią zmianę ułożenia ust podczas gry można uzyskać do 9 dźwięków z każdej piszczałki.
Fletnia występuje w muzyce ludowej, u Peruwiańczyków na ulicy, a także w normalnej orkiestrze symfonicznej. Muzyków grających na fletni jest coraz więcej. To nie jest łatwy instrument, ale wydobywający się z niego dźwięk trafia prosto w serce, a ludzie są zauroczeni. Muzycy to widzą i coraz częściej sięgają po niego. W tym instrumencie drzemią ogromne możliwości np. modulacji, ozdobników czy pływania dźwięków. Niewiele dętych instrumentów ma takie możliwości. 
 
– Czy każdy może na takim instrumencie zagrać?
– Fletnia nie lubi multiinstrumentalistów. Pierwsze wydobywane dźwięki podobne są do dźwięków jakie powstają przy dmuchaniu w butelkę. Dopiero po jakimś czasie następuje ten właściwy przeskok. To jest instrument, któremu trzeba się poświęcić, a on się później odwdzięczy muzyką.  
 
 
Foto: www.im.org.pl


Lista wiadomości
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama